opowiadanie o Nadii. Część 4

Cześć!

Ta szkatułka jest piękna. Ma srebno-rubinowy kolor. Do tego na wieczku jest niebieskie kryształowe serce. Całość ozdobona kryształkami. Patrzyliśmy z Maritą na przedmiot i nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy.

– Otwórz je!- Powiedziała cicho moja przyjaciółka- Szybko!

Drzącą ręką złapałam wieczko i spróbowałam otworzyć. NIC! Próbowałam na siłę.

NIC

Walnełam o podłogę.

NIC!!!

-Ostrożnie!- Marita podniosła przedmiot.- Nie wiadomo kogo to jest. Zresztą to nie nasze!- Smutno mrukneła.

– Ale ktoś to zostawił.- zamyśliłam się

-Zobacz tam jeszcze coś jest!- Marita podniosła kartkę papieru.- To jakiś list!

-Być może od właściciela szkatułki! Zaraz…co wydaje ten dźwięk- Coś sapało za naszymi plecami. Przeraziłam się nie na żarty.

Odwróciliśmy się szybko i oniemieliśmy ze strachu. Przed nami stał największy dzik jakiego widzieliśmy.

-W nogi!- krzykneła Marit

-Nie! Nie ruszaj się. Może nas nie zauważy.- Spróbowałam się opanować, ale średnio mi to wyszło.

Jednak chyba nas zauważył i niezbyt mu przypadliśmy do gustu. Ruszył prosto na nas.

-Teraz w nogi!- krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam- Uciekaaaaaaać!- Wrzasnęłam.

Biegliśmy polną dróżką i serce wyskakiwało nam ze strachu.

-Spróbuj otworzyć szkatułkę! Może w niej znajdziemy to co się nam przyda!- usłyszałam przerażony krzyk Marity.

-Przecież widziałaś że nie da się otworzyć!- odkrzyknełam

-Chociaż sprawdź jeszcze raz!- Powtórzyła ze strachem.

-No… dobra.- mruknęłam do siebię.

Wyciągnęłam przedmiot i z wielkim naciskiem natarłam na wieko. Jakie było moje zdumienie,gdy przy dotyku moich rąk otworzyło się i mym oczom ukazały się… dwie bardzo długie liny

-Co?Ale po co…? Nieważne teraz trzeba wykombinować co z nimi zrobić. – pomyślałam głośno.

-Co zrobić z czym?- zainteresowała się Marita

-Z linami! Były w tym pudełku!

Biegliśmy jeszcze parę minut. Zaczynałam tracić siły i nie wiedziałam kiedy skończy mi się energia. Rozpaczliwie zaczęłam się się rozglądać. Mój wzrok zatrzymał się na mostku nad nami.Popatrzyłam na liny

-Masz!- rzuciłam jedną z nich mojej towarzysce przygody- widzisz ten mostek? zarzuć ma niego linę i…- przerwałam bo zauważyłam że nigdzie nie ma Marity. Nagle zauważyłam że wyprzedziła mnie o kilka metrów i już skacze na mostek. Po chwili byłyśmy już obie na mostku.

 

-ŁAŁ  ale przygoda. Dawno takiej nie miałam. Co ja mówię… takiej przygody w życiu nie miałam . – zachwyciła się Marita.

 

Hejka.

Nie pisałam długo ale po prostu byłam na koloni i nie miałam internetu

 

Zachęcam do oceny mojego wpisu
[Głosów:6    Średnia:4.3/5]
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *